bobrzanie.pl – to co istotne w Bolcu, Bolesławiec, informacje, blogi, sport, rozrywka, humor, imprezy, wideo

Dlaczego ludzie nie „kupują” polityki?

Autor: Goorsky

Polityka i politycy są towarem, który ulega rynkowym trendom, jak wszystkie inne dobra zresztą. Jeżeli jest popyt na partię X, jej notowania idą w górę. Spadek popytu najczęściej oznacza ostre pikowanie w dół w sondażach poparcia, nierzadko kończące się bolesnym wyrżnięciem głową w betonową podłogę politycznego salonu.

Obejrzałem ostatnio relację z posiedzenia sejmowej komisji. Debatowano na temat definicji znaku X stawianego na karcie wyborczej podczas głosowania. Poziom dyskusji i rodzaj argumentów sprowadzały się w zasadzie do jednej tylko kwestii; skąd będzie wiadomo, że wyborca poprzez postawienie takiego a takiego znaczka naprawdę chciał udzielić Wam swojego poparcia? Przypomniało mi to od razu awanturę z poprzednich wyborów samorządowych dotyczącą słynnej już książeczki wyborczej, kiedy to spierano się o zaskakująco wysoki wynik wyborczy PSL-u. Wówczas podkreślano, że sposób umieszczania wyborczych list w formie książkowej, na kolejnych stronach, wypacza wynik wyborów, bo nie każdemu chce się ją wertować wystarczająco długo, by znaleźć właściwego kandydata i zapowiadano konieczne zmiany. Nie chodziło jednak o zmiany, które pomogą wybrać lepszych kandydatów bynajmniej, lecz o zmiany, które pozwolą na lepszy podział wyborczego tortu pomiędzy poszczególne ugrupowania, ot co. Obecnie również słychać zapowiedzi zmian w ordynacji wyborczej. Niestety wciąż nie do końca jasne jest, czy pozostaną okręgi jednomandatowe i gdzie, czy wprowadzona zostanie zasada dwukadencyjności i na jakich zasadach, czy będzie trzeba być mieszkańcem danego okręgu, by móc ubiegać się o mandat, czy można będzie wreszcie ubiegać się równocześnie o kilka mandatów. Na wszystkie te pytania wyborca wciąż pozostaje bez odpowiedzi, gdyż trwa bilans politycznych strat i zysków.

W całej tej medialnej „naparzance” z rzadka jedynie usłyszeć można nieśmiałe głosy o niskiej frekwencji wyborczej. Mało któremu z polityków reprezentujących polityczne partie na sercu leży czynna wyborcza partycypacja obywateli, choćby ze względu na to, ze nie wiadomo przecież na kogo zagłosują, w przeciwieństwie do partyjnego kolektywu i ewentualnie tzw. „żelaznego elektoratu”. Nie słychać zatem propozycji uchwalenia obowiązku głosowania; takie rozwiązania funkcjonują przecież w niektórych europejskich krajach. Zawsze można za to, w razie wyborczej porażki, podważyć legitymację rządzących argumentami o tzw. „milczącej większości”. Ponadto, znając sarmacki charakter Polaków, nam miano by coś kazać? Idę o zakład zresztą, że gdyby na karcie do głosowania znalazła się opcja „Nie głosuję na żadną/żadnego z podanych partii/kandydatów”, to właśnie ona uzyskałaby najwięcej głosów. Taka już nasza narodowa mentalność. Dużo łatwiej potrafimy jednoczyć się w marszach, protestach, manifestacjach i głosować PRZECIW, niż ZA.

Naród nie „kupuje” polityki również dlatego, że nie ma realnego poczucia wpływu na rządzących. Pamiętacie Państwo przepuszczenie przez niszczarki około 1 miliona obywatelskich podpisów za inicjatywą referendalną w/s JOW-ów? Albo szumne zapowiedzi podniesienia kwoty wolnej od podatku? Albo likwidacji poselskich immunitetów? Niestety, polskie ustawodawstwo nie przewiduje możliwości odwołania przez wyborców ich przedstawiciela (ponoć w sanacyjnej Polsce takie procedury istniały), który według ich mniemania sprzeniewierzył się programowi, na który głosowali. Przy jednomandatowych okręgach sprawa jest prostsza, głosuję na osobę, którą upoważniam do reprezentowania mnie na forum danej instytucji. W systemie, w którym głosujemy na partyjne listy, rzecz nieco się komplikuje, bo nie do końca wpływ mamy na to, który z kandydatów mandat otrzyma. I to powoduje właśnie owe poczucie bezsilności wyborców. Sytuacji nie ułatwiają kolejne „przecieki” z obozu władzy o planowanym wycofaniu się z bezpośrednich wyborów wójtów, burmistrzów i prezydentów.
Nie bez winy również są tutaj media, które zblatowane z poszczególnymi politycznymi frakcjami, pełnią raczej rolę tub wyborczych na usługach owych frakcji, niźli instytucji opiniotwórczych. Ale nie od dziś wiadomo,że kto ma media, ten ma władzę i w ten sposób koło się zamyka.

Może zatem rzeczywiście dać sobie spokój z tą polityką, przestać się interesować i nie chodzić na głosowania? Stara maksyma jednak mówi, że Ty możesz nie interesować się polityką, ale ona zawsze interesować będzie się Tobą. A zwłaszcza Twoim portfelem, zatem nie pójście na głosowanie niczego tu nie zmieni.

 

Grafika: Goorsky

Exit mobile version