Nie da się w naszym regionie mówić, że coś zromanizowano. Raczej zbarokizowano. No, chyba że mieszka się w Bolesławcu.
Grubo ponad sto lat temu w miasteczku żyli światli mieszkańcy i władze. Wtedy zaczęto zazieleniać miasto. Wszak do XIX wieku miasto opinał pierścień murów, na zewnątrz były budynki gospodarcze, pastwiska, pola. No, ale czasy się zmieniły i doceniono drzewa. Potem przyszedł PRL i to, co niemieccy gospodarze zostawili trwało. Potem komuna zdechła i przyszedł rozwój. Ale nie rozumu. Nowe instalacje, budowy, kostki brukowe itd. I drzewa zaczęły znikać. Bo zbędne, bo stare, bo się je podkopało i uschły. Co inwestycja, to ciach. Po drzewku. Sporo z nich to czas panowania samorządowca z zawodu.
Już gdy otwarto Costa Romana (autorska nazwa na Leśny Potok w odróżnieniu od ciągle w bólach powstającego Forum Romanum oraz Aqua Romana) zwróciłem uwagę na nowatorski sposób zabezpieczania drzew. Wsadzić w betonowy krąg i zasypać korzenie. Dziś tam trafiłem, po kilku latach dzieje się to, co było pewne. Jak usycha, to ciach. Po co drzewu gałęzie? Wierzchołek też mu się przyrżnie, bo co tak w górę będzie bez końca rosło. Kto chodząc po mieście patrzy na wierzchołki drzew i liczy ile jest tak obciętych?
A wystarczy wziąć podstawowy „Poradnik przyjaciół drzew”, żeby posiąść tajemną wiedzę, że tak się nie robi. To prezydent od lat kreuje tę politykę i żaden greenwashing tego nie zmieni (napisał o najnowszej zabawce w internecie: „Szczegółowa inwentaryzacja drzew i analiza stanu zieleni. System dostarcza informacji o gatunkach, wielkości koron oraz – co najważniejsze – kondycji zdrowotnej drzew.”).
Potem szedłem przez las i pola. Każdy ma taką amazonię, na jaką zasłużył, więc dotarłem do terenu źródliskowego Kraszówki. Sucho jak czort, mnóstwo opon, śmieci motoryzacyjnych, meble z tworzywowego ratanu. Tym Wody Polskie się nie zajmą, bo to nie ich teren.
Kilkaset metrów dalej, znowu się zdziwiłem, jak słabo znam swą okolicę, gdy się ogląda ją z innej strony. I ciągle podziwiam dawne generacje, które wiedziały, że wodę należy zatrzymywać w krajobrazie. Naturalne formy terenu poprzedzielano groblami, dziś przerwanymi. A tam w razie nawałnicy zmieściły by się setki kubików wody.
Na koniec spaceru zobaczyłem daglezje. Nauczyłem się je rozróżniać, gdy przygotowywałem się do obywatelskiego spaceru po lesie. Posadzono je około stu lat temu, gdy zagospodarowywano okolicę pomnika poległych. Dziś są tak charakterystyczne, że posłużyły za azymut. Tak, sto lat dla drzew to jakiś wyznacznik w krajobrazie. Dla długowiecznych drzew stówka, to jeszcze młodość. Czy ktoś będzie pamiętał po stu latach, jak się nazywał ten czy tamten włodarz?
Jeśli żadna łachudra nie zerżnie moich dębów i lip, to może ktoś w 2125 zastanowi się, kto je posadził. Bo jesiony Wody Polskie mi wyrżnęły (w innymi miejscu sarny podgryzają, trzeba będzie dosadzić). Dokumentując działania tego bandyckiego tworu na tkance RP, załączam dwa zdjęcia. Forma drzewiasta Zarządu Zlewni w Lwówku Śląskim oraz cięcia, zgodna z „praktykami” PGW Wody Polskie.

Poniżej na pierwszym planie cięcia zaplanowane i opłacone. Na drugim naturalne, bobrowe, niezgodne z przepisami. Więc bobrów już nie ma, nory odsłonięte, tamy zniszczone koparką.

Retencja alla pollaca, poziom strumienia obniżony o 20-30 cm. Wszystko pod nadzorem „pracowników Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie oraz Gminy Bolesławiec zgodnie z dokumentacją prac.”
Cytaty podpisała elektronicznie Dyrektor Zarządu Zlewni w Lwówku Śląskim. Pomijam pełne dane, każdy może sam sprawdzić.




Ale przecież za tym jednym, uschniętym, tyle drzew… To po co jeszcze jedno?
Tutaj ptaki srały na autka, liście spadały, tylko kłopot.
A tak serio to chodzę po tym mieście moje główne skojarzenia to z tym, co gdzie wycięto. A przecież i tak nie mam szans wiedzieć o wszystkich takich idiotyzmach.