W Kijowie byłem od 5 do 12 lutego, a do wyjazdu szykowałem się przez kilka tygodni. Nie mając pojęcia, co mnie tam może spotkać, kupiłem zapas powerbanków, dodatkowy termos, baterie, latarki i nową, cieplejszą kurtkę. Moi znajomi, słysząc o tym, co zamierzam, reagowali bardzo różnie, ale zawsze z troską – od pomocy w nawiązaniu kontaktów w Kijowie po groźby schowania mi paszportu.

Dworzec kolejowy Kijów Pasażerski.
Na groźbach się skończyło, więc 4 lutego, z duszą na ramieniu, wsiadłem w pociąg i wyruszyłem do Przemyśla. Dojechałem tam w nocy i po dwóch godzinach oczekiwania siedziałem już w pociągu do Kijowa, nie wiedząc jeszcze, że rosjanie (słowa „rosja” i „rosjanie” będę pisał tak, jak się je pisze w napadniętym przezeń kraju) właśnie bombardują elektrociepłownię na kijowskiej Darnicy i definitywnie pozbawiają ogrzewania pół miliona mieszkańców tej dzielnicy.
Generalnie podróż minęła bez większych problemów, choć w drodze z niewiedzy zaliczyłem małe faux pas. Otóż w wagonie poza mną było tylko dwoje pasażerów i zdziwiłem się, gdy w pewnym momencie oboje wstali, postali chwilę i usiedli. Gdy zapytałem później jednego z pasażerów, dlaczego to zrobili, facet machnął tylko ręką, mówiąc że jako obcokrajowiec tego nie zrozumiem.
Dopiero w Kijowie dowiedziałem się, o co chodziło i zrobiło mi się dosyć głupio… Otóż w Ukrainie godzina 9 rano to minuta milczenia. Ludzie zatrzymują się na ulicach i placach, a jeśli akurat siedzą, na przykład w metrze lub pociągu, wstają z miejsc, aby uczcić pamięć swoich poległych. Niektórzy to wprawdzie ignorują, ale muszą się mierzyć z bardzo krytycznymi spojrzeniami pozostałych. Był to nieformalny zwyczaj, ale 11 lutego został wprowadzony przez ukraiński parlament jako obowiązek wynikający z mocy prawa.
W Kijowie jest paskudnie zimno.

Darnica – wielkie blokowisko pozbawione prądu, światła, ogrzewania i często nawet wody.
Intensywne rosyjskie ostrzały, wymierzone w miejskie elektrownie, powodują że w Kijowie naprawdę są olbrzymie problemy z ogrzewaniem i dostępem do prądu. W wielu miejscach sytuacja jest krytyczna. Średnia temperatura na zewnątrz przez cały czas mojego pobytu wynosiła średnio minus 8-10 stopni, a w najgorszym momencie nawet minus 20. Na klatce schodowej kamienicy, w której nocowałem, potworzyły się już sople, bo temperatura tam też zjechała poniżej zera. W mieszkaniu było niewiele lepiej, bo ogrzewanie padło tam już dawno, a jedynym źródłem ciepła w moim pokoju był słaby grzejniczek elektryczny.
O ile, rzecz jasna, mieliśmy prąd.
Bywały wieczory, że prąd był u nas przez cały czas, ale były też takie, że nie było go wcale, a najczęściej po prostu… bywał. Przez chroniczny brak ogrzewania i ciągłe braki prądu w moim pokoju było tak zimno, że spałem w bluzie i spodniach, przykryty dwoma kocami i dwiema kołdrami. W Kijowie to teraz absolutnie normalne, normą stało się też to, że w wielu domach nie ma nawet wody i trzeba ją pobierać z hydrantów.

Sople na grzejniku…
W kurtkach siedzi się nawet w kawiarniach, do których często zachodziłem wieczorami tylko po to, aby się tam trochę ogrzać. Nie w każdej było jakieś ogrzewanie.
Normalnym widokiem na ulicach Kijowa są agregaty prądotwórcze. Idąc jedną z głównych ulic, Wielką Wasylkowską, mija się je bez przerwy, bo wszystkie kawiarnie i restauracje (oraz większość sklepów) muszą z nich korzystać, aby móc w miarę normalnie pracować. Nie każdy lokal w Kijowie może sobie na to jednak pozwolić, więc nie jest tam niczym dziwnym, gdy wchodzicie do kawiarni i baristka mówi Wam, że może zaoferować jedynie herbatę, bo nie ma prądu i kawiarka nie działa. Albo że podczas jedzenia w restauracji nagle gaśnie światło.
Aby temu wszystkiemu jakkolwiek zaradzić, w wielu częściach miasta utworzono Punkty Niezłomności, często zakładane w szkołach lub specjalnie ustawianych namiotach, a w Buczy i Borodziance nawet w wagonach kolejowych – można tamdoładować telefon, skorzystać z Wi-Fi, ogrzać się, zjeść coś ciepłego i napić się kawy lub herbaty. Albo po prostu usiąść i z kimś pogadać.
Życie pod ruskimi bombami
Zmorą Kijowa są alarmy rakietowe, choć Kijowianie podchodzą do nich tak, jak my podchodziliśmy podczas pandemii do wielu obostrzeń. Na początku wojny w mieście wybuchła panika, alarmy budziły trwogę, a ludzie masowo schodzili do schronów lub zjeżdżali na pobliskie stacje metra. Teraz alarmy mają miejsce średnio trzy razy dziennie, ale zazwyczaj mieszkańcy je ignorują – są już do nich po prostu przyzwyczajeni.

Podczas nalotów metro służy jako system schronów.
Jeden z Kijowian, z którymi rozmawiałem, powiedział że gdyby przy każdym alarmie miał schodzić do schronu, nie byłby w stanie pracować. Inna Kijowianka mówiła, że podczas alarmu pracuje normalnie, bo pracuje w przejściu podziemnym pod Majdanem i traktuje to przejście (niesłusznie zresztą) jako schron. A pracowniczka Czerwonego Krzyża dodała, że Kijowianie w czasie wojny żyją z dnia na dzień – jednego dnia może być wszystko w porządku, a następnego może w nich trafić dron. Nie da się tego przewidzieć, więc lepiej o tym nie myśleć i cieszyć się tym, co się jeszcze ma, bo może się to za chwilę stracić.
Zobojętnienie Kijowian wynika też z tego, że wprawdzie na miasto często spadają rosyjskie drony i rakiety, ale często alarmy są jedynie efektem przezorności obrony przeciwlotniczej, a wiele pocisków udaje się zestrzelić, zanim dolecą do miasta. W niedzielny wieczór musiałem jednak przerwać kolację i popędzić do metra, bo ogłoszono alarm, a już dwie minuty później usłyszałem w oddali trzy wybuchy. Z kolei w nocy ze środy na czwartek rosjanie znowu ostrzelali Kijów i co prawda udało się zestrzelić wrażego drona, ale za późno – jego odłamki spadły na blok mieszkalny i kilka samochodów.
A jakie są nastroje?

Sobór Sofijski – jeden z najcenniejszych zabytków Kijowa, z historią sięgającą początku XI wieku.
Zagranicznych turystów w Kijowie prawie nie ma i wiele razy spotykałem się z ogromną wdzięcznością Kijowian za to, że w ogóle jestem w ich mieście i chcę potem opowiadać w Polsce o tym, co się tam dzieje. W pamięć zapadnie mi szczególnie dłuższa rozmowa w opustoszałym Soborze Sofijskim, którą zagaiła nieco młodsza ode mnie Ukrainka. Powiedziała, że nie wierzy w sukces toczonych obecnie negocjacji rozejmowych i że nie widzi niczego, co miałoby sprawić, że rosja zakończy swoją inwazję. Mówiła, że putin (nazwisko zbrodniarza też należy pisać adekwatną literą) czuje się mocny, korzysta z tego, że na świecie coraz mniej mówi się o wojnie w Ukrainie, a jego celem jest wyczerpanie sił narodu ukraińskiego, aby wymusić jego kapitulację.
Dodała jednak, że nadchodząca wiosna dodaje jej nadziei, a jeśli władca Kremla myśli, że złamie Ukraińców dronami, rakietami i mrozem, to się grubo myli. I o tym, że faktycznie tak jest, przekonałem się już następnego dnia.
Tu się nam przyda nawiązanie do historii naszego kraju. Podczas II wojny światowej w okupowanej Polsce organizowano wiele podziemnych występów artystycznych; odbywały się nawet w powstańczej Warszawie, mimo trwających walk i niemieckich ostrzałów. Takie wydarzenia miały pomóc Polakom oderwać się nad chwilę od ponurej rzeczywistości, odstresować i poczuć, że nadal żyją.

Takie zdjęcie to proste przesłanie dla moskali – Ukraina walczy, trzyma się ciepło i nie ugina karku.
W Kijowie takie imprezy też mają miejsce i w niedzielne popołudnie byłem na jednej z nich w parku nad Dnieprem. Widok ludzi, którzy na przekór wszystkiemu tańczyli, pili szampana za nastanie pokoju i razem się bawili, zrobił na mnie ogromne wrażenie. W takim momencie nie można mieć wątpliwości, że rosja może bombardować i mrozić Ukrainę, pozbawiać ją prądu i zabijać jej mieszkańców, ale nie jest w stanie jej złamać. Tą ukraińską niezłomność dobrze opisano krótkim hasłem w księgarni CEHC na Chreszczatyku – Zawsze korona cierniowa będzie piękniejsza, niż carska korona.

Pamięć o poległych jest tu szanowana z najwyższą czcią.
Na co dzień jednak nastroje w Kijowie wcale nie są takie bojowe. Kijowianie są przebodźcowani, przemęczeni, chronicznie zestresowani i wyczerpani, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Skalę napięcia i stresu czuć już przy pierwszym, krótkim spacerze po mieście. Obawy o przyszłość i końcowy wynik wojny ciągle tam narastają.
I trudno Kijowianom się dziwić – ja po zaledwie tygodniu czułem się już psychicznie wyczerpany. Zwłaszcza po wizycie w Borodziance i Buczy, o czym opowiem w kolejnym tekście.



