5 kwietnia 1946 roku na stację kolejową w Bolesławcu wjechał transport z pierwszymi osadnikami, którzy przybyli z Jugosławii. Nie był to jednak koniec ich wielodniowej podróży, bo docelowo 555 pionierów miało trafić do Zebrzydowej i dopiero stamtąd rozjechać się do swoich nowych domów.
Obecnie pociągi dojeżdżają z jednej miejscowości do drugiej w jakieś osiem minut, ale wtedy takie połączenie było niemożliwe, bo wciąż nie doszła do skutku odbudowa wiaduktu na Bobrze ze zniszczeń wojennych. A skoro tak, musieli jechać naokoło.
Postanowiłem przejechać się tą samą trasą i zobaczyć, jak się ona prezentuje 80 lat później.

Dworzec PKP w Miłkowicach.
Nie ma oczywiście możliwości, aby przejechać się przez Miłkowice, Żagań, Żary i Węgliniec tym samym pociągiem, więc jechałem z kilkoma przesiadkami. Do Miłkowic, które w 1946 roku były znane jako Jaranowo, można dojechać z Bolesławca w nieco ponad dwadzieścia minut, wsiadając po prostu w jeden z wielu pociągów do Wrocławia. I, niestety, pierwsze wrażenie jest fatalne, bo stary budynek miłkowickiego dworca jest już od wielu lat opuszczony i stopniowo niszczeje.

Wystawa przy ośrodku kultury w Miłkowicach.
Niegdyś Miłkowice, przed wojną noszące nazwę Arnsdorf, były ważnym węzłem kolejowym, więc i niemal cała wioska była zamieszkana przez rodziny kolejarzy. Gdy spaceruje się główną ulicą, wciąż można tam poczuć, jak w czasach osadników, bo zachowała się cała jej przedwojenna zabudowa. Wioska wyraźnie się starzeje, ale dba o upamiętnianie swojej kolejarskiej historii – w centrum można zobaczyć Skwer Kolejarza, na którym kilka lat temu stanęła wystawa o historii kolejnictwa w Miłkowicach i na świecie. Dużo ciekawszą rzecz można jednak zobaczyć na płocie domu kultury, gdzie rok temu wywieszono biogramy kilku mieszkańców wioski, zestawiając ich zdjęcia sprzed kilku dekad z tymi, które zrobiono im obecnie. Pomysł na lekcję lokalnej historii, który jest wręcz genialny w swojej prostocie.
Od 1875 roku w Miłkowicach krzyżują się linie kolejowe, łączące Wrocław z Dreznem i Berlinem, więc to właśnie tutaj transport naszych osadników przekierowano w stronę Żagania. Dzisiaj z Miłkowic do Żagania (czyli linią „na Berlin”) jeżdżą tylko pojedyncze pociągi pospieszne – pozostałe są kierowane do Chojnowa, stamtąd do Rokitek i dopiero tam wjeżdżają na linię „główną”. Za Rokitkami mija się stacje w Modłej i Wierzbowej, a po przejechaniu przez długi leśny odcinek można zobaczyć budynek dworca w Lesznie Górnym, który kilka miesięcy temu spłonął w potężnym pożarze. Nie wygląda na to, aby ktokolwiek miał się nim zająć, więc zapewne niedługo zostanie rozebrany.

Dworzec kolejowy w Żaganiu.
Zupełnie inne wrażenie robi gmach dworca kolejowego w Żaganiu, który jest znakomicie utrzymany. Tuż przed pandemią dworzec przeszedł kapitalny remont, dzięki czemu podróżni mogą podziwiać nie tylko samą elewację, ale też wyłożony ceramicznymi kaflami hol. Mam pewne nadzieje związane z tą stacją, ponieważ kiedyś odchodziła stamtąd osobna linia kolejowa do Zebrzydowej, a od niedawna trwa jej odbudowa. Co prawda ma z niej korzystać przede wszystkim wojsko, ale jest szansa, że wrócą tam także pociągi pasażerskie. A na początku kwietnia trasę z Żagania do kopalni piasków w Osiecznicy pokonał już pociąg towarowy…

Izba Pamięci na stacji w Żaganiu.
W samym Żaganiu warto spędzić co najmniej cały jeden dzień, bo jest to miasto o bardzo bogatej historii i z wieloma pięknymi zabytkami do zobaczenia. Będąc w trasie, mogłem tam spędzić jedynie godzinę, ale już na dworcu można poczuć klimat tego miasta, zwiedzając sporą izbę pamięci. Zgromadzono tam mnóstwo pamiątek ze 180-letniej historii żagańskiego kolejnictwa, zestawiając ze sobą liczne eksponaty polskie i niemieckie. A skoro tak, można tam zobaczyć biurko polskiego kolejarza i całe półki z tekturowymi biletami z okresu Polski (rzekomo) Ludowej, a tuż obok metalową tablicę z niemiecką nazwą stacji i kopię rozkładu jazdy z 1944 roku. Sama wystawa jest bardzo interesująca, ale ma jedną istotną wadę – większość eksponatów nie jest opisana, nie ma tam też żadnych tablic, które mogłyby w przystępny sposób przybliżyć historię żagańskiej kolei.
Na ulicach dawnej stolicy księstwa żagańskiego dosyć szybko zwracają uwagę dwujęzyczne tablice informacyjne, wskazujące drogę do urzędów i zabytków – pod tekstem polskim pojawia się też jego niemieckie tłumaczenie. Wprawdzie w mieście nie ma jakiejś specjalnej niemieckiej mniejszości, ale przybywa tam wielu turystów z Niemiec i najwidoczniej ktoś uznał, że można im nieco ułatwić życie – skoro w Görlitz można znaleźć wiele napisów po polsku, to w Żaganiu da się też po niemiecku.

Stacja PKP w Żarach.
Z Żagania jest dosłownie rzut beretem do stolicy polskiej części Dolnych Łużyc, czyli do Żar. Żary dość intensywnie promują się w tym temacie, więc w niektórych miejscach da się znaleźć nawet napisy po dolnołużycku. Polscy kolejarze objęli tutejszą stację zaraz po wojnie i na peronie stoi nawet spory głaz, który upamiętnia ich pionierską pracę. Niestety, nikt o niego nie dba, więc umieszczony na nim napis jest już ledwo widoczny i osobiście myślę, że jest to powód do sporego wstydu dla PKP.
Samo miasteczko robi przyjemne wrażenie i też jest warte tego, aby wpaść tutaj na dłużej. Choć zostało poważnie zniszczone podczas amerykańskich nalotów z 1944 roku, przetrwało tam wiele cennych zabytków, w tym gotycki kościół, fragmenty murów obronnych i urokliwy Rynek. W przyszłości ozdobą Żar być może znowu stanie się ogromny pałac Promnitzów, który pozostaje ruiną, ale przynajmniej ma w miarę nowy dach.

Dworzec kolejowy w Węglińcu.
Z Żar osadnicy odjechali do Kaławska, czyli do dzisiejszego Węglińca. W 1946 roku była to szalenie ważna stacja, ponieważ kierowano tam wszystkie transporty z wypędzanymi z Dolnego Śląska Niemcami. Polscy urzędnicy, obserwowani przez sowietów i brytyjską misję wojskową, mieli kierować wysiedleńców w dalszą podróż – a korzystając z okazji, wielu z nich także okradali. Jednocześnie do Kaławska trafiało też sporo transportów z polskimi osadnikami, którzy mieli zasiedlić okolice Zgorzelca, Lubania i Nowogrodźca, w tym także pociąg z 6 kwietnia 1946 roku, wiozący pierwszych Polaków z Jugosławii. Dziś na stacji, która nadal jest stacją węzłową, zazwyczaj jest bardzo spokojnie, a sam Węgliniec to ciche, skryte w głębi lasu miasteczko, ale wtedy musiało tam panować niesamowite zamieszanie.

Piramida w centrum Węglińca.
Dworzec w Węglińcu przeszedł niedawno olbrzymi, kapitalny remont, po którym w jego nowszej części – tej z czerwonej cegły, wybudowanej w 1866 roku – poza okazałą poczekalnią można też zwiedzić izbę regionalną, a czasem obejrzeć film w nowym, dworcowym kinie. Niestety, nie da się tu kupić biletu, bo kasy biletowej brak, a biletomatów też się tu nie uświadczy. Lubię spacerować po tym małym, ładnym miasteczku, bo co prawda jak na nasze województwo jest bardzo młode – nie ma nawet dwustu lat – ale przetrwało wojnę niemal nietknięte. Wybudowane jako osiedle kolejowe, od niecałych sześciu dekad ma prawa miejskie, a w jego centralnej części stoi kamienna piramida. Wybudowana jako pomnik miejscowych Niemców, którzy polegli podczas I wojny światowej, w trakcie polonizacji miasta została pozbawiona oryginalnej tablicy, którą zastąpiono nową, na której napisano NA PAMIĄTKĘ ZŁĄCZENIA ZIEMI DOLNOŚLĄSKIEJ Z MACIERZĄ MIESZKAŃCY KAŁAWSKA. 16 IV 1945-3 V 1947.
Napis był nieprawdziwy na wielu poziomach. Po pierwsze – Węgliniec historycznie nie jest częścią Dolnego Śląska, a Górnych Łużyc. Jako taki teren dzisiejszego miasteczka był częścią Polski jedynie w czasach Bolesława Chrobrego i Mieszka II, utraciliśmy go w 1030 roku, a ponownie przejęliśmy pod swoje władanie dopiero 915 lat później. Trudno więc mówić o „złączeniu z Macierzą”, ale ówczesna propaganda widziała te kwestie zupełnie inaczej. Później zresztą tablicę wymieniono, bo Kaławsk przemianowano na Węgliniec i trzeba było dostosować pomnik do tej zmiany.
Od 2020 roku piramidę zdobi już zupełnie inna tablica, opisana cytatem Jana Pawła II i słowami: W hołdzie Powstańcom, Żołnierzom i Wszystkim Poległym za wolność naszej Ojczyzny na wszystkich frontach świata i tym, dla których Polska była zawsze najwyższą wartością. Mieszkańcy Węglińca.

Dworzec PKP w Zebrzydowej.
Osadnicy, wśród których było wielu weteranów walk z Niemcami, Chorwatami i serbskimi czetnikami, możliwe że nawet nie zatrzymali się na stacji w Kaławsku, bo pojechali stamtąd już prosto na Zebrzydową. Gdy tam dotarli, przed dworcem, noszącym wtedy tymczasową nazwę Zabłocie, czekały już samochody ciężarowe Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, które rozwiozły przybyszów do wiosek, w których mieli zamieszkać. Przydzielając osadnikom nowe domy, trzymano się zasady, że mieszkańcy jednej wioski w Jugosławii powinni – w miarę możliwości – trafić do jednej wioski także w okolicach Bolesławca.
Plac przed dworcem praktycznie nie zmienił się aż do dzisiaj, bo przez ostatnich 80 lat nie wybudowano tam żadnych nowych budynków. Niestety, sam budynek dworca od dawna nie pełni już swojej funkcji i jego część wprawdzie służy jako mieszkania, jednak poczekalnia od wielu lat jest zamknięta na cztery spusty. Może gdy wrócą połączenia kolejowe z Żaganiem – i, daj Boże, pojawi się szansa na powrót pociągów pasażerskich do Nowogrodźca – dworzec zyska szansę na nowe życie.


