Politycy mają to do siebie, że potrafią skutecznie burzyć dobro, które starają się budować kierowane przez nich społeczeństwa. Ale to, co dzieje się od kilku dni między Polską a Ukrainą, jest już naprawdę bardzo niebezpieczne i, jak się wydaje, sytuacja będzie tylko eskalować.
Nie widziałem polityków w marcu 2022 roku w Przemyślu, gdy trafiłem na tamtejszy Dworzec Główny, zalany uchodźcami (a raczej uchodźczyniami) z zaatakowanej przez rosję Ukrainy. Znaczy, potem oczywiście w świetle kamer opowiadali o tym, jak to podobno pomagali, ale uchodźców w Przemyślu przyjmowali głównie wolontariusze i strażacy z podkarpackich OSP. W całej Polsce to zwykli ludzie przyjmowali Ukraińców w domach, pomagali znaleźć im pracę, wyjechać do innego kraju albo po prostu wspierali ich w traumie, jaka ich dotknęła.
Wydawało mi się wtedy, że mamy niepowtarzalną okazję na pojednanie polsko-ukraińskie, ale wojna trwa, ruskie onuce bezkarnie szerzą szowinistyczną propagandę w Internecie, a nasze media, często zalewane kolejnymi tekstami generowanymi przez AI i goniące za sensacją, mają tutaj spory problem. Mało kto z naszych dziennikarzy piszących o tym, co się działo ostatniej zimy w Ukrainie, pojawił się tam choćby na dwa dni i, niestety, ich teksty – pisane lub generowane z ciepłych biur w Warszawie – w większości kiepsko te wydarzenia opisywały.

Metro w Kijowie podczas alarmu rakietowego, luty 2026 roku.
Osobiście uważam, że w każdej ogólnopolskiej redakcji powinien być ktoś, kto czasem się narazi i odwiedzi Ukrainę, bo tylko wtedy można faktycznie zrozumieć to, co tam się dzieje. Mówię to z pełną odpowiedzialnością jako ktoś, kto spędził niedawno osiem dni w Kijowie i uświadomił sobie, że do tej pory o realiach życia w wojennej Ukrainie nie miał zielonego pojęcia.
Specjalistów od polsko-ukraińskiej historii, którzy powinni mieć teraz pełne ręce roboty i uczciwie, bez żadnej autocenzury, objaśniać nasze niełatwe dzieje, też mamy w mediach garstkę. Swoją drogą program nauczania historii w szkołach – to już problem o wiele szerszy, niż sprawa stosunków polsko-ukraińskich – także nadaje się tylko do zaorania i napisania od nowa.
Kilka dni temu Wołodymyr Zełenski postanowił nazwać ważny ukraiński oddział imieniem Heroiw UPA – Bohaterów UPA. Było oczywiste, że w Polsce wywoła to burzę, bo o ile w Ukrainie banderowców prezentuje się jako bohaterów walki ze Związkiem Sowieckim – i faktycznie, w zachodniej Ukrainie upowcy dzielnie bili się z czerwonymi jeszcze przez wiele lat po wojnie – o tyle dla nas Ukraińska Powstańcza Armia to zbrodnicza, faszystowska formacja, odpowiedzialna za masowe ludobójstwo Polaków na Wołyniu i Galicji Wschodniej.

Ostrzelany podczas walk z rosyjskimi okupantami apartamentowiec w Buczy.
Nie my jesteśmy od wybierania Ukraińcom, kogo mają honorować, ale jako Polacy nie możemy akceptować czczenia Stepana Bandery i jego bandziorów – nawet, jeśli po wojnie zasłużyli się w walce z sowietami i czasami nawet nawiązywali współpracę z Żołnierzami Wyklętymi. Należy to potępić, oprotestować i na każdym kroku dawać ukraińskim politykom we wzajemnych kontaktach jasno do zrozumienia, że gloryfikacja UPA jest dla nas nie do zaakceptowania. I edukować Ukraińców, zwłaszcza tych mieszkających w Polsce, o tym, jakie zbrodnie ma UPA na swoim koncie.
Przesadą, błędem i czystym populizmem jest jednak ruch Karola Nawrockiego, który oświadczył, że chce odebrać Zełenskiemu Order Orła Białego. Bo czy to sprawi, że Zełenski zmieni patronat tamtej jednostce wojskowej? Nie. Czy pomoże to w uświadamianiu Ukraińców, często tego nieświadomych, jak chore zbrodnie popełniała na naszych rodakach UPA? Też nie.
Ukraińcy mogą to odebrać wyłącznie jako atak na siebie, a to jeszcze bardziej eskaluje cały konflikt. Ich kraj toczy bezpardonową wojnę o swoje przetrwanie z ludobójczym mocarstwem, a zwłaszcza w strefie przyfrontowej i w dużych miastach Ukraińcy żyją w nieustannym napięciu. W każdej chwili na głowy Kijowian czy Lwowian może spaść grad rosyjskich rakiet i dronów, kryzys demograficzny w Ukrainie jest ogromny, a zimą ruscy skutecznie paraliżują dostawy prądu, wody i ciepła do ukraińskich domów. Wystarczy spędzić kilka godzin na ulicach Kijowa, aby odczuć zbiorowe wyczerpanie psychiczne jego mieszkańców.

Ukraina ma wielu innych bohaterów, w których może inwestować. Ta kijowska tablica upamiętnia hetmana Pawła Skoropadskiego, jednego z przywódców Ukraińskiej Republiki Ludowej.
W Polsce lepiej nie jest. Wszelkie hamulce puściły Leszkowi Millerowi, który oświadczył, że działa u nas banderowska piąta kolumna, a środowisko Konfederacji – tej samej, której sympatycy napadali na bezbronnych uchodźców w Przemyślu w pierwszych dniach wojny – można już wprost powiedzieć, że nie kryje się ze swoją nienawiścią do Ukrainy.
Zełenski, Nawrocki i inni politycy z obu stron granicy wręczają właśnie Kremlowi wspaniały prezent na Dzień Dziecka, podsycając szkodliwe dla naszych narodów konflikty.
Sprawą Wołynia i innych konfliktów polsko-ukraińskich na tle historycznym powinni się zająć historycy. Oddawanie tego politykom – nawet jeśli mają wykształcenie historyczne – to jest tak samo zły pomysł, jak gdybyście poszli do polityka, aby wyleczył Was z grypy.


