Sie 31, 2021
295 Wyświetleń
1 0

Subiektywnie przez trzy granice

Napisany przez

Padł pomysł wyjazdu do Görlitz, ale nie znalazł on uznania w oczach niegdyś wędrujących, ale idea nie została zapomniana. A pójście pieszo to małe wyzwanie. W ten sposób o 5.15 zaczęła się droga. W półmroku przekroczona została na Bobrze pierwsza granica pomiędzy Pogórzem Kaczawskim a Izerskim. Rzeka niesie w ostatnim czasie więcej wody. Rejon Lwówka i Bolesławca to mekka piaskowca. Zwłaszcza w dawnych czasach. Dziś pochodzący z Azji granit w marketach jest tańszy, beton wyparł jeszcze bardziej dawne surowce. A przy drodze stają sobie takie ładne słupki. Ten z lewej ma interesujące łamane zakończenie, prawy był nieco dalej, już w Sławnikowicach, i miał nietypowy wielokątny przekrój.

Po minięciu najdalej na północ wysuniętego przysiółka Kotlisk (bardzo lubię niemiecką nazwę Kesseldorf – der Kessel to kocioł) z którego tym razem nie było zbyt rozległych widoków, nogi doniosły do Gościszowa. Wieś przez którą przejeżdżałem dziesiątki razy patrząc na kilka charakterystycznych obiektów. Mur z bramą, który w dzieciństwie mi mówił tyle, że za nim stała ruina majątku i pałacu. Wiedziałem też, że obok bramy po wojnie była kwiaciarnia. W majątku umościło się PGR (Państwowe Gospodarstwo Rolne), które dwukrotnie płonęło po machlojkach. Ojciec odrabiał tam Służbę Polsce. Nie stawił się dobrowolnie i dostał w wyroku nakaz pracy, za którą dostał zapłatę. W ramach SP robiłby za darmo. Jeżdżąc za szczenięcych lat nie myślałem, że to było to założenie obronne, bo obok bramy są dwie strzelnice kluczowe. Dziś zarośnięte, zasypane, zapuszczone.

Ot, tacy gospodarze. Gdy czyta się o historii pałacu, to tylko siąść i płakać. Potomek właścicieli zobaczył go w 1980 r.  i już nie chciał więcej go widzieć na oczy. Zaintrygowanych historią mogę odesłać do książki Małgorzaty Stankiewicz pt. Gościszów Dzieje zamku.

Widoczna z drogi ruina to protestancki kościół z 1745 r. Powstał po zajęciu Śląska przez Prusy i wprowadzeniu wolności religijnej. W 1945 r. spłonęło w nim około 280.000 tomów z Preusische Staatsbibliothek.  Koło świetlicy w zaroślach zniknął pomnik dawnego systemu karnego – pręgierz. Szkoda, że ludzie dziś w ogóle nie zdają sobie sprawy z perełek, jakie mają pod nosem. Uczniom będzie się tłukło do głowy kolejną lekcję historii a oni i tak nie będą świadomi historii swojej miejscowości. Potem minąłem niszczejącą architekturę przemysłową i zaraz była linia kolejowa Zebrzydowa – Jelenia Góra. Ta istniejąca pośrednio jest winna tego, że nie zbudowano wzdłuż Bobru połączenia Lwówek – Bolesławiec. A był już projekt. I dziś może cud-władze województwa by planowały ścieżkę rowerową po niej.

Budowa tej ruszyła z powodu rozpoczęcia prac przy zaporze pilchowickiej. Jest to jedna z bardzo malowniczych linii. Może kiedyś wrócą na nią pociągi, teraz wydaje się, że już nawet towarowe z niej zniknęły. Lata temu można było stąd ruszyć do Szczecina lub zapłacić mandat za niezatrzymanie na stopie, gdy bardzo ważny pan władza czaił się za budynkiem. Ale to było jeszcze dawniej. Drogę ze stacji do Mściszowa pokonałem, jak kiedyś setki ludzi, którzy musieli dojechać do miasta. Tuż przed granicą powiatów w lesie leży sobie odpad po uzyskiwaniu nowych skarbów tej ziemi. Worki z opakowaniami po lekach przeciwkaszlowych służące do produkcji piko.

Wiem, że nawet policjanci je oglądali, ale sprzątaniem odpadów porozrzucanych w lasach i przy drogach nie ma się już kto zająć.

Mściszów wita mnogością stawów. W czasach mojego dzieciństwa były tylko trzy. W pierwszym omal nie zakończyłem życia, w trzecim nauczyłem się pływać strzałką. Tuż za miejscem, gdzie stał młyn opuściłem drogę powiatową i mimo wielu wakacji spędzonych tutaj, zobaczyłem po raz pierwszy jeden z przysiółków. Za nim jest duży las (nazewnictwo lokalne). Po przejściu przezeń ukazała się niewielka odkrywka aleurytu. Nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest i jaki to potrzebny minerał w dobie gospodarki jednorazowych śmieci. Musnąłem tylko Radostów Dolny, by dojść do Nawojowa Śląskiego i kolejnej granicy. Do 1815 r. na Kwisie była granica pomiędzy Prusami a Saksonią. Przy drodze stoi niewielki dwór. Po drugiej stronie jest Radogoszcz. Następny był Henryków Lubański. Polecić mogę tę drogę na wyprawę rowerową.

Zaskoczyła mnie sylwetka kościoła, coś było w niej niełużyckiego i niesaksońskiego. Sygnaturka, nietypowe zwieńczenie wieży i typowe, katolickie elementy dookoła. Przed kościołem stoi Nepomuk z wykutą inskrypcją HeILIger Iohannes NepoMUCen bitte doCh Gott fVr Vns z małym e nad V w wyrazie fVr.

Jest to przykład zapisu stosowanego zanim dodatkową małą literkę zastąpiono  umlautem. Tłumaczenie tekstu brzmi: Święty Janie Nepomucenie proś za nas u Boga. Mocno katolickie w protestanckim otoczeniu, gdzie nie ma kultu świętych. Datę postawienia rzeźby każdy sam może odczytać.

Skojarzenie z Lubaniem wyjaśniło sprawę, wioska należała do lubańskich magdalenek. Nazywała się Katolisch Hennersdorf. Nazwa jest ciekawym przykładem „polityki historycznej” III Rzeszy. Od 1937 do 39 r. pozbawiono ją katolickości i był tylko Hennersdorf. Wraz ze wzrostem zapotrzebowania na bohaterów w 1939 r. dodano do niej nazwisko Ziethen (jeden z pruskich generałów, który rozbił tutaj znaczne siły saskie podczas II wojny śląskiej) i tak powstał Ziethen-Hennersdorf.

Kościół został mocno zniszczono w czasie II wojny światowej i wnętrze nie zwala z nóg. Ale ładnie prezentuje się kolekcja obrazów z apostołami. Czytelne atrybuty, podpisy i nie trzeba być mędrcem, żeby się nauczyć rozpoznawania. Najciekawszy element to cztery płaskorzeźby z biblijnymi scenami z łacińskimi opisami.

Przed końcem wsi stoi ruina zabudowania gospodarczego, doskonale ilustrująca geologię okolicy. Zebrane z pól kamienie posłużyły do budowy, tylko naroża wzmocniono ciosanymi elementami z piaskowca.

Na końcu już rośnie najstarsze drzewo w Polsce, patrząc nań można wspomnieć o trosce o zieleń. Rusztowanie, podlewanie, zwilżanie, osłona. Moją banalną opowiastką o usychającym drzewie w wielkim Bolesławcu nikt się nie przejął. Ten benzynowy dalej usycha, bo drzewa w mieście zbędne są. Przynajmniej niektórym ludziom, zwłaszcza rządzącym i biznesowi.

Po wyruszeniu do Sławnikowic zbliżała się już wielka historia. Zanim do nich dotarłem, to zadziwił mnie krajobraz. Tak przyjemnie pofalowany i zalesiony, że aż miło patrzeć. Największym zgrzytem są jednak wielkie obszary nawłoci i niecierpków. Jak tak dalej pójdzie, to te dwie inwazyjne rośliny zupełnie zaleją naszą przyrodę. Bez wielkiej i skoordynowanej akcji niszczenia ich siedlisk czeka nasze owady i rośliny marna przyszłość. Nieco ich wyrywam każdego tygodnia, ale wiem, że moje działanie to nawet nie kropelka w morzu.

Sławnikowice słyną z Ehrenfrieda Walthera von Tschirnhausa, który się tutaj urodził. Uchodzi za jednego z twórców saskiej i jednocześnie europejskiej porcelany. Nie dożył jej wyprodukowania, ale bez jego badań nad wypałem w wysokich temperaturach proces by się z pewnością wydłużył. Jego spuścizna naukowa obejmuje matematykę, filozofię, optykę. W wiosce była manufaktura w której produkował liczące około metra soczewki i zwierciadła palące, polerowane w szlifierni napędzanej siłą wody. Sława naukowca i liczne tytuły na nic się jednak zdały. Po śmierci rodzinny majątek został zlicytowany na poczet długów. Nie przydał się też jego tytuł sasko-polskiego radcy, w nowych czasach po 1945 r. zostało zdewastowane jego bogato zdobione epitafium z popiersiem.

Dwór wielokrotnie płonął i był odbudowywany, ale ciągle stoi. Wprawdzie stoi bardzo blisko kościoła i można by przypuszczać, że szlachta rezydowała tutaj od początku, ale jednak pierwotnie wieś należała do Zgorzelca. Późniejsi właściciele byli chowani w patronackiej świątyni, na murze są dwa epitafia z herbem Tschirnhausów. Do głównej bryły dobudowano kaplicę grobową, jej symbolika nie daje podstaw do innych przypuszczeń.

Przez okno widać zabudowaną lożę kolatorską, która mogła być ogrzewana, bo przy niej z kościoła wychodzi komin. W murze znajduje się krzyż kamienny, standardowo opisany jako krzyż pokutny.

Po przejściu przez zalesione Gronowskie Wzgórza i krótkim przemarszu przez Białogórze nadeszła pora na Trójcę. Kto był w Złotoryi, mógł zapamiętać nazwisko Trotzendorf. Nosił je urodzony w wiosce Valentin Friedland. To po zmianie, powstało od niemieckiej nazwy wsi – Troitschendorf. Założył słynne złotoryjskie gimnazjum. Przy czym nie chodziło o znienawidzony przez miłościwie nam dziś panujących typ szkoły, ale zdecydowanie wyższą kategorię. Co ciekawe, Jan Matejko namalował obraz związany z tym gimnazjum. Nie ma go oczywiście na nim, ale jest grupa krakowskich żaków opuszczających stolicę Polski i udających się na kontynuację nauki właśnie do śląskiej Złotoryi. To świadczy o jej randze.
Na murach kościoła ładnie wyeksponowano elementy gotyckiej świątyni, ale przyjrzeć należy się od strony cmentarza budynkowi bramnemu. Dobrze widać na nim staranną konstrukcję ciesielską szalowaną deskami. Murowany łuk może wskazywać na jeszcze gotyckie pochodzenie.


We wsi widać z czego zbudowane są okoliczne wzniesienia. Czarny, połyskujący kamień to bazalt.

Poczynając od Sławnikowic gdzieś w tle brzęczała A4. Taki koszt życia w XXI w. A podzgorzelecka świątynia konsumpcji w handlową niedzielę, to mekka zmotoryzowanych. Pieszo byłem trochę wolniejszy w podejściu do ronda. Szybkie przejście przez Zgorzelec zwieńczone zostało krótkim postojem za trzecią granicą, dla odmiany państwową, przy Stadthalle. Obiekt w którym odbywały się śląskie przeglądy śpiewacze, zamknięty jest ciągle z powodu złego stanu technicznego. Swego czasu grał w filmie Grand Budapest Hotel, tak jak kilka innych miejsc w Görlitz i Saksonii. To co jeszcze przyciąga w to miejsce, to pomnik 15 południka.

Ustawiono go w roku lotu Gagarina. Wg GPS jest przesunięty o 7 sekund. Idąc do miasta skręca się do parku po prawej stronie. Tymczasem po lewej stronie są kolejne założenia parkowe z bardzo urozmaiconym krajobrazem i pomnikiem Jakuba Boehme. Od szewca do mistyka religijnego niecierpianego przez katolików i luteran. Tak można o nim napisać. Śląsk i Łużyce dały światu całkiem niezłych myślicieli.

Ostatnie sześć kilometrów zakończyło się zdobyciem Landeskrone. Bazaltowy nek wulkaniczny leży w dzielnicy Biesnitz. Niemiecka nazwa pochodzi od słowiańskiego plemienia Bieżuńczan. Na zboczu i szczycie góry były ich umocnienia, relikty jednego z nich są doskonale widoczne. Dziś szczyt jest zagospodarowany typowo po niemiecku. Knajpa i wieża dopełniają radości zdobycia. Na zwieńczeniu umieszczono poniżej róży wiatrów flagę miasta i prowincji śląskiej. Tym sposobem jest orzeł cesarki, śląski i czeski lew. Ta śląskość jest nieco dyskusyjna, ale koniec już z tym horror vacui. Wszystkiego nie opisałem i nie opiszę.

Kiedyś czytałem przedwojenne wspomnienia, jak z Bolesławca pojechano na rowerową wycieczkę. Dziś jest też to możliwe, z powrotem można zawsze wrócić pociągiem. Moja trasa miała 56 km i trwała 13 godzin. Taki niedzielny spacerek, pozytywny o tyle, że przy zieleni w rozkwicie, nie widać za bardzo śmieci. Ale smród ścieków zwala z nóg. Jedna z rur wystawała poza kinetę i żywcem lało się z niej wszystko do przydrożnego rowu. Potem zakwitają sinice w Bałtyku, ale to w końcu nasze, ojczyste algi, sinice oraz g… i nikt nam tego nie zabroni. W końcu sarmackie tradycje trzeba pielęgnować, szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie.

Tadeusz Łasica

Tagi artykułu:
· · ·
Kategorie:
Łasica

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

The maximum upload file size: 10 MB. You can upload: image, video, other. Links to YouTube, Facebook, Twitter and other services inserted in the comment text will be automatically embedded.

pl_PLPolish
Przeczytaj poprzedni wpis:
W jakich sytuacjach pomóc może prywatny detektyw?

Każdy przynajmniej raz w życiu znalazł się w sytuacji, w której czuł się fatalnie i […]

Zamknij