Sie 11, 2021
323 Wyświetleń
2 0

Nie tylko o skierniewickim Matejce…

Napisany przez

Skierniewice to miasto powiatowe (niegdyś wojewódzkie), położone na wschodniej rubieży województwa łódzkiego, a zarazem na zachodnim skraju historycznego Mazowsza. Jest niewiele większym grodem, niż nasz Bolesławiec i pod względem liczby ludności bardzo nasze miasto przypomina. Skierniewice słyną z osławionego przez “Lalkę” Bolesława Prusa dworca kolejowego, szeroko znanego sadownictwa oraz zabytkowego pałacu Prymasowskiego i bogatych tradycji wojskowych. Miałem niedawno okazję spędzić tam dwa tygodnie na praktyce muzealnej i chciałbym podzielić się garścią refleksji po najbardziej zaskakującej ich części – pracą przy kopii “Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki. 

Ulica Senatorska w Skierniewicach i flaga Bolesławca.

Nie będę tutaj mówił o historii, choć te Bolesławiec i Skierniewice mają całkowicie odmienne. Skierniewice nie były przez stulecia niemieckim miastem, a u nas swojego pałacu, będącego jego faktyczną siedzibą, nie posiadał żaden arcybiskup. W Skierniewicach zamiast ceramiki na każdym kroku są jabłka, a w Bolesławcu armia carska w 1813 roku robiła za wyzwoliciela, a nie za zaborcę. Podobnych opozycji i różnic dałoby się wskazywać dosłownie na pęczki i nic dziwnego – oba miasta leżą w zupełnie odmiennych od siebie regionach. Dziś skupimy się na jednej konkretnej rzeczy – i to jak potężnej!

Od razu powiem – nie, to nie jest oryginał Bitwy pod Grunwaldem Jana Matejki. Niestety, jego podróż z Warszawy do Skierniewic najpewniej byłaby obecnie równoznaczna z jego zniszczeniem – płótno ma swoje lata i lepiej już go nigdzie nie przewozić. Na zdjęciu widzicie “tylko” kopię, wykonaną w skali 1:1 przez studenta (!) ASP w Łodzi, Ireneusza Rolewskiego. A właściwie to widzicie nawet nie do końca kopię- jest wszak ona o 13 centymetrów wyższa od oryginału. W Polsce kopie obrazów muszą troszeczkę różnić się od oryginałów i stąd ta różnica. W ramach praktyk miałem wyjątkową okazję uczestniczyć w przewiezieniu tego wielkiego dzieła z pracowni artysty do hali sportowej, gdzie zostało zaprezentowane publiczności. I chciałbym o tym doświadczeniu opowiedzieć.

Muzeum Historyczne Skierniewic

Gwoli wprowadzenia. Wspomnianą praktykę odbywałem w, widocznym na zdjęciu, Muzeum Historycznym Skierniewic. To dość daleko od Bolesławca, ale taki był właśnie cel – podpatrzeć, jak w innym rejonie Polski, w mieście podobnym wielkościowo do naszego, podchodzi się do historii lokalnej. I cóż, pomijając na razie wielką kopię obrazu Matejki, wrażenie było naprawdę duże i bardzo pozytywne. Muzeum w Skierniewicach jest dosyć nowe – powstało ledwie trzy lata temu. Działa niezwykle aktywnie i jego pracownicy odwalają potężny kawał dobrej roboty. Tam w jednej chwili można siedzieć nad kroniką pułkową z I wojny światowej, a w następnej osuszać dawny schron atomowy lub załatwiać formalności związane z obchodami rocznicy Powstania, jednocześnie załatwiając jeszcze inne sprawy. Muzealnicy organizują lub współorganizują liczne wystawy czasowe, warsztaty, akcje terenowe oraz rekonstrukcje historyczne. Zwłaszcza te ostatnie, robione przez miejscowych pasjonatów i rekonstruktorów, robią niesamowite wrażenie. U nas była kiedyś afera z powodu jednej opaski, a tam w czasie rekonstrukcji samolot ”zbombardował” Rynek i ludzie ze strachu pouciekali do piwnic…

W muzeum skierniewickim odnalazłem się bardzo szybko. Okazało się wręcz, że trafiłem tam w idealnym momencie. Muzeum potrzebowało kogoś, kto umie odczytywać niemieckie pismo gotyckie. W tamtych stronach mało kto to potrafi, a że mi to idzie nie najgorzej – aby badać dzieje Bolesławca, choćby ogólna znajomość tego pisma to konieczność – to zarzucono mnie niemieckimi tekstami. Doszukałem się zresztą przy tej okazji trójki żołnierzy z Bolesławca i Ławszowej, którzy w czasie I wojny światowej polegli pod Skierniewicami. A poza tym miałem okazję obserwować próbę osuszania schronu , obserwować prace nad Archiwum Cyfrowym Skierniewic czy wybrać się do Archiwum Akt Nowych w Warszawie. Pewnego dnia uziemiła mnie tam też potężna nawałnica. Wichura powaliła rosnące tuż przy budynku muzeum drzewo i poprzewracała wystawy plenerowe, więc było też później co sprzątać… Miałem do czynienia z papierkową robotą, robiłem za korektora krótkiego tekstu i nawet napisałem coś od siebie do Rocznika Skierniewickiego. Ale najbardziej spektakularne zadanie było związane z obrazem.

“Bitwa pod Grunwaldem” rozłożona niczym dywan.

9 lipca nadszedł dzień przewiezienia potężnej kopii Bitwy pod Grunwaldem z pracowni artysty na halę sportową Ośrodka Kultury i Rekreacji w Skierniewicach. Kopia powstawała od 2015 roku i początkowo była malowana przy oryginale – w Muzeum Narodowym w Warszawie. Później ta lokalizacja kilkukrotnie ulegała zmianie, aż wreszcie artysta wylądował w Skierniewicach. Tutaj dokończył swój obraz i oto nadszedł moment, aby wreszcie zaprezentować go publiczności. Aby jednak przewieźć obraz z pracowni do hali, najpierw trzeba było go zsunąć z rusztowania na podłogę. Podłoga oczywiście została przez nas uprzednio zabezpieczona. Zsuwanie obrazu, będącego w istocie kilkoma połączonymi ze sobą płótnami, na szczęście przebiegło dość sprawnie. Gdy Bitwa leżała już bezpiecznie na ziemi, należało ją zwinąć w ogromny rulon, nasunięty na wielką, metalową rurę… i tu już było gorzej. Rulon musiał być możliwie sztywny, lecz gdy już owijaliśmy go taśmami, okazał się zbyt luźny. Musieliśmy na nowo rozwinąć część obrazu i znów go zwinąć, tym razem skuteczniej. A potem na nowo owijać go w taśmy i folie ochronne. Wyszła nam z tego chyba nie najgorsza mumia.

Załadunek skrzyni z cenną zawartością.

Po zwinięciu obrazu nastąpiło niełatwe zadanie zniesienia go na parking. Pracownia artysty znajduje się na pierwszym piętrze, więc dociążony metalową rurą obraz trzeba było zsuwać na dół po linach, i to na klatce schodowej. Patrząc na Irka, widziałem tylko malujące się na jego twarzy napięcie, gdy jego obraz powoli zsuwał się w dół. I wcale mu się nie dziwię… Na parterze rulon prawie nie zmieścił się w drzwiach i musieliśmy trochę się nagimnastykować, aby bezpiecznie wynieść go na zewnątrz. Było to tak ciężkie, że nieśliśmy nasz rulon w sześć osób. Na parkingu przygotowaliśmy uprzednio metalową skrzynię, w której ostrożnie go złożyliśmy. Aby załadować ją na pakę transportera, potrzebna była pomoc dźwigu. Myślę, że to wystarczająco wiele mówi o wadze całego dzieła – nie tylko tej artystycznej, ale i tej czysto fizycznej. Na szczęście akurat trwała kilkugodzinna przerwa między dwiema nawałnicami, więc przewóz obrazu ulicami Skierniewic przebiegł bez zakłóceń.

Ideał sięgnął… parkietu ?

Gdy obraz znalazł się już na miejscu, trzeba było go znów rozwinąć. Zwolniona skrzynia zamieniła się w barek, a rozwinięty powoli obraz leżał spokojnie przed potężnym, wcześniej przygotowanym rusztowaniem. Widok kopii Bitwy pod Grunwaldem w hali sportowej, do tego leżącej na ziemi, robił trudne do opisania wrażenie. Mogę powiedzieć, że ten obraz stracił w moich oczach trochę ze swojej podniosłości, ale to nawet lepiej – zobaczyłem w nim nie “pomnik”, lecz prawdziwe, żywe dzieło sztuki; przy czym mam tutaj na myśli zarówno oryginał, jak i kopię. Tamtego dnia widziałem już w obrazach Matejki i Irka nie tylko pamiątkę narodową, ale przede wszystkim imponujący owoc ludzkiego intelektu, który powstawał przez kilka lat, przy wielkim nakładzie sił, energii i środków finansowych. Widziałem przed sobą ogromne płótno, poprawiane dosłownie do ostatniej chwili w pracowni artysty i malowane z wielką precyzją. Widziałem też samego artystę – nie postać z pomnika czy z mediów, ale człowieka z krwi i kości, skądinąd bardzo sympatycznego i skromnego. Takie powszechnie znane obrazy są dla nas zdecydowanie zbyt swojskie, zanadto okraszone pomnikowym patosem i stanowczo zbyt często reprodukowane, gdzie się tylko da. Prawdziwą ucztę zapewnia tylko bezpośredni kontakt z danym obrazem. A gdy widzi się taki widok, jak na zdjęciu wyżej, gdy kopia arcydzieła Matejki leży u Twoich stóp, perspektywa zmienia się całkowicie. Obraz zaczyna do Ciebie przemawiać w wyjątkowy sposób i zmusza Cię do większej uważności. Oraz zdecydowanie bardziej wrażliwej refleksji na swój temat.

Nasuwanie obrazu na rusztowanie.

Nasunięcie obrazu na rusztowanie przebiegło nadzwyczaj sprawnie. Nie był to jednak łatwy proces, bo wymagał dużej precyzji i  równomiernego przesuwania poszczególnych partii obrazu ku górze. Na szczęście wszystko przebiegło bez większych problemów i obraz bezpiecznie zawisł na rusztowaniu. Oczywiście został odpowiednio zabezpieczony przed ewentualnym upadkiem i na tym nasza robota była na razie skończona. Cała akcja trwała około trzech godzin, jednak na inny dzień zostało nam jeszcze jedno ważne zadanie –  oprawienie naszego dzieła sztuki w specjalną ramę. Ramę wyjątkową i nieprzypadkową, bo to właśnie ta rama przez wiele powojennych lat zdobiła oryginalną Bitwę pod Grunwaldem. Zajęliśmy się tym trzy dni później. Rama była podzielona na osiem części, które trzeba było po kolei ułożyć we właściwym miejscu i przymocować do obrazu. O ile jej dolne części były dość łatwym zadaniem, tak im wyżej trzeba było wnieść jakiś element, tym było już gorzej. Podawaliśmy sobie kolejne części, musząc na tylko jedną z nich poświęcać pracę aż trzech, czterech osób. Niemniej daliśmy sobie radę i po półtoragodzinnej pracy cała rama była już założona. Całość musiała robić wrażenie i zdecydowanie je robiła. Wielogodzinna praca przy obrazie pozwala blisko mu się przyjrzeć, a chwilami nawet go dotykać, co sprzyjało przyglądaniu się jego detalom. I choć później jeszcze widziałem go podczas premiery, wciąż nie jestem nim w pełni nasycony. Nadal mógłbym doszukiwać się tam licznych detali i szczegółów – i nadal takie poszukiwania sprawiałyby mi wiele przyjemności. Bitwa pod Grunwaldem uczy nie tylko historii, ale i wrażliwości na sztukę, a proces jej przewożenia z miejsca na miejsce uczy tej wrażliwości jeszcze bardziej.

Widok na Bolesławiec z wieży ratuszowej.

Obraz Irka nie powstałby, gdyby jego twórca malował go sam. Do jego premiery, mającej miejsce 15 lipca 2021 roku, wiodła wieloletnia droga, na której pojawiło się mnóstwo ludzi, wspierających artystę w jego dziele. Przy samym tylko przewożeniu obrazu brała udział liczna grupa muzealników i robotników. Jego historia pokazuje, jak istotna jest współpraca między różnymi ludźmi we wspólnej sprawie. Przyznam szczerze, że nie rozumiem, dlaczego w Bolesławcu nie ma budżetu obywatelskiego – bardzo pozytywnej formy współpracy samorządu z mieszkańcami. Niemniej jednak w Bolesławcu mamy to szczęście, że jest naprawdę wiele osób, z którymi można współpracę w różnych sprawach nawiązywać – o czym sam często się przekonuję. Niekoniecznie od razu muszą być z tego tak wielkie wydarzenia, jak malowanie kopii obrazu Matejki, ale nawet tak pozornie małe, jak wycieczka historyczna po mieście. I patrząc na sukces artysty ze Skierniewic, można mieć tylko wrażenie, że i w naszym Bolesławcu owoce współpracy różnych ludzi będą przynosiły różnorodne sukcesy – jak to już zresztą nieraz bywało. A i kto wie, może upłyną lata i w hali sportowej przy I LO zawiśnie dzięki temu kopia Matejkowskich Ślubów lwowskich (eksponowanych w Muzeum Narodowym we Wrocławiu) w wykonaniu jakiegoś studenta ASP z Bolesławca? Jeśli tak, chętnie znów stanę do jej rozwijania ze sztywnego rulonu.

Obraz Ireneusza Rolewskiego można podziwiać w Skierniewicach (w hali OSiR-u przy ul. Pomologicznej) co najmniej do końca sierpnia tego roku. Później będzie jeździł po całej Polsce, ale też promował nasz kraj na całym świecie. 

 

 

Tagi artykułu:
· · · ·
Kategorie:
Gołębiewski
Facebook Profile photo

Cześć ! Nazywam się Dariusz Gołębiewski, jestem studentem historii w przestrzeni publicznej i historii ''klasycznej'' na specjalnościach regionalistyka i dokumentalistyka. Od 2014 roku prowadzę na Facebooku stronę regionalną o nazwie ''Bolesławiec i okolice dawniej i dziś''. Poza historią, zwłaszcza tą międzywojenną i lokalną, interesuję się literaturą i polityką, trochę też architekturą, teatrem, religią i filozofią. Jestem autorem książki pt. "Kraśnik Dolny i okolice dawniej i dziś". W wolnym czasie lubię podróże, wycieczki rowerowe, długie spacery i interesujące dyskusje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

The maximum upload file size: 10 MB. You can upload: image, video, other. Links to YouTube, Facebook, Twitter and other services inserted in the comment text will be automatically embedded.

pl_PLPolish
Przeczytaj poprzedni wpis:
Pomylona narzeczona

KONKURS LITERACKI  „Morderstwo na śniadanie” trwa! Prezentujemy kolejny tekst wysłany na konkurs do naszej redakcji. […]

Zamknij